25 km/h – przepis, który nie działa

W internecie coraz częściej pojawiają się zażarte dyskusje na temat odblokowywania rowerów elektrycznych. Jedni uważają, że to przejaw cwaniactwa i potencjalne zagrożenie na ścieżkach rowerowych, drudzy – że to po prostu odpowiedź na absurdalne przepisy, które nie przystają do rzeczywistości. Gdzie leży prawda? Spróbujmy uporządkować fakty i spojrzeć na temat z dystansem, zdrowym rozsądkiem i odrobiną praktycznego podejścia.

Czy naprawdę 25 km/h wystarczy?

Zgodnie z przepisami obowiązującymi w Unii Europejskiej, rower elektryczny może wspomagać pedałowanie do maksymalnej prędkości 25 km/h. I na pierwszy rzut oka wszystko wygląda rozsądnie – przecież to „rower”, nie motocykl. Problem polega na tym, że ta wartość nijak ma się do realiów jazdy.

Każdy, kto choć trochę jeździ na zwykłym rowerze, wie, że prędkości rzędu 28-32 km/h są czymś całkowicie naturalnym. Ba, na lekkim zjeździe wielu rowerzystów przekracza 40 km/h. I nikt nie mówi wtedy o zagrożeniu. Tymczasem użytkownik e-bike’a, którego wspomaganie nagle „odcina” się przy 25 km/h, zostaje z tyłu – musi albo mocno się napocić, albo godzić się na to, że będzie wyprzedzany przez osoby na rowerach bez silnika. Absurd?

Ten sam rower, ta sama droga – inna legalność

Największy paradoks polega na tym, że rower elektryczny, który jedzie 32 km/h bez aktywnego wspomagania, jest całkowicie legalny. To znaczy: jeśli zablokujesz wspomaganie i jedziesz „na nogach”, nikt nie ma do Ciebie pretensji. Ale jeśli silnik pomoże Ci osiągnąć tę samą prędkość – to już „nielegalne”.

Co więcej, samo odblokowanie roweru, czyli umożliwienie pracy silnika powyżej 25 km/h, nie jest w Polsce przestępstwem. Rowery po takiej modyfikacji po prostu przestają spełniać definicję EPAC (pedal-assisted cycle) i stają się – w świetle prawa – czymś pomiędzy motorowerem a pojazdem niestandardowym. I choć nikt Ci nie zabroni mieć takiego roweru w piwnicy czy jeździć nim po lesie, to jazda nim po drogach publicznych wymagałaby… rejestracji, homologacji, ubezpieczenia i kasku. A że praktycznie żadna stacja diagnostyczna nie zarejestruje Ci roweru jako motoroweru – wychodzi na to, że jesteś „poza systemem”.

32 km/h – złoty środek i głos rozsądku

Nie chodzi tu przecież o przerabianie roweru na motocykl. Nikt nie chce (ani nie powinien) pędzić 60 km/h po ścieżce rowerowej. Ale prędkość 30-32 km/h to coś, co daje swobodę, naturalny rytm jazdy i pozwala uniknąć niepotrzebnej frustracji. Użytkownik takiego roweru nadal musi pedałować – silnik tylko wspomaga, a nie zastępuje jego wysiłku. Nie chodzi więc o „lenistwo”, tylko o realną użyteczność sprzętu.

Taka prędkość pozwala bezpiecznie poruszać się ulicą bez bycia non stop wyprzedzanym przez samochody lub – co bardziej frustrujące – przez innych rowerzystów bez wspomagania. Daje więcej radości z jazdy, szczególnie na dłuższych trasach, a przy tym nie stwarza zagrożenia dla innych uczestników ruchu.

A co z drogami rowerowymi?

Przeciwnicy odblokowania często argumentują, że zbyt szybka jazda na e-bike’u po ścieżce rowerowej to niebezpieczeństwo dla pieszych i dzieci. I oczywiście – jak w każdej grupie – zdarzają się osoby bez wyobraźni. Ale warto zaznaczyć: w Polsce nie istnieje przepis, który ogranicza maksymalną prędkość na drodze rowerowej. Tak – możesz jechać tam 45 km/h na szosówce i to będzie zgodne z prawem. Więc jeśli ktoś na rowerze elektrycznym jedzie 32 km/h i zachowuje ostrożność – jest dokładnie tak samo „winny”, jak każdy szybki szosowiec. Problem nie leży w silniku, tylko w kulturze jazdy.

Nie mylmy pojęć: manetka to nie to samo co wspomaganie

Bardzo ważne jest też rozróżnienie między e-bike’iem wspomaganym pedałowaniem a typowym „elektrykiem z manetką”. Ten drugi to w praktyce motorower – silnik działa niezależnie od pedałowania, można ruszyć z miejsca bez kręcenia nogami. Często takie pojazdy osiągają 50, a nawet 60 km/h, a do ich prowadzenia – przynajmniej teoretycznie – wymagane są uprawnienia, rejestracja, kask i OC.

Niestety, oba typy są często wrzucane do jednego worka. Tymczasem różnica jest fundamentalna. Odblokowany pedelec do 32 km/h to nadal rower – wymaga wysiłku, nie startuje sam, nie zastępuje człowieka. Demonizowanie takiego rozwiązania tylko dlatego, że „jest szybciej niż 25 km/h” nie ma uzasadnienia, jeśli spojrzymy na sprawę praktycznie.

Czas na dostosowanie prawa do rzeczywistości

Zamiast tworzyć nowe kategorie pojazdów czy zmuszać użytkowników do rejestracji rowerów, prawo powinno zostać po prostu dostosowane do realiów. Najprostszym i najbardziej rozsądnym krokiem byłoby zwiększenie dopuszczalnego limitu wspomagania do 32 km/h. To prędkość naturalna, bezpieczna i odpowiadająca rzeczywistym potrzebom większości użytkowników e-bike’ów.

W obecnym stanie rzeczy rowerzysta sfrustrowany limitem 25 km/h często decyduje się na jego całkowite zniesienie – np. do 45 km/h – bo z jego perspektywy nie ma różnicy prawnej między odblokowaniem do 32 km/h a 45 km/h. A skoro i tak łamie przepisy, to czemu nie wycisnąć maksimum? To prowadzi do skrajności, które można by łatwo wyeliminować.

Gdyby limit wynosił 32 km/h, wielu użytkowników nie szukałoby obejść. Taka prędkość daje już radość z jazdy, pozwala sprawnie poruszać się po mieście, nie mówiąc o otwartych terenach i nie budzi frustracji. Większość ludzi nie chce łamać prawa – po prostu chce, by sprzęt działał w sposób naturalny i użyteczny.

Dzisiejsze przepisy, ograniczające wspomaganie do 25 km/h, są niedostosowane do współczesnych warunków ruchu, a przez to coraz częściej łamane – nie z powodu buntu, ale dlatego, że są po prostu nieżyciowe. Ich zmiana to nie kwestia wygody, lecz zdrowego rozsądku.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.